Ta historia zaczyna się jak najpiękniejsza baśń.
Więc tam w oddali, za Rzymem, za Włochami mieszkała piękna dziewczyna.
Miała imię jak księżniczka. Francesca.
Przechadzała się uliczkami Buenos Aires.
Poprawiła chustę, bowiem to był mroźny wieczór. Skręciła raz ostatni, przeszła przez ulicę i już.
Była w domu. Stanęła przed kamienną budowlą.
Przekręciła furtkę i pchnęła skrzypiącą furtkę przed siebie po czym delikatnie ją zamknęła.
- Ale mamo! W Restó nie mam żadnych pomocników! Ja tam kręćka dostanę!- Fran podeszła bliżej, by przysłuchać się uważniej rozmowy Luci z rodzicami.
- To poproś siostrę! Ona zawsze jest gotowa by Ci pomóc!- Zaśmiała się pod nosem.
- Francesca? Ja tu chłopa potrzebuję! Fran NIE MOŻE nosić ciężarów! Jest mała! - Teraz z trudnością powstrzymywała wybuch śmiechem.
- Dobrze.. Coś się załatwi. Na razie musisz sobie poradzić sam. - ciągnęła matka.
- Ok. Dobra. Trudno. Żyje się raz. - rzekł desperacko Luca.
Francesca przekręciła klucz w zamku i weszła do domu.
- Już jestem! - krzyknęła - niestety- dodała.
Przeszła po schodach prowadzących do jej pokoju.
Zapaliła światło. W niebieskim pokoju zrobiło się przytulnie.
- Trzeba tu posprzątać- wyszeptała i zaczęła długie wieczorne porządki.